"Najgorsze jednak z tych wyobrażonych rzeczy jest to, że przychodzi chwila, w której trzeba przerwać marzenie, a to bardzo boli…" Jestem wielbicielem Lucy Maud Montgomery, również, ku utrapieniu mojej kumpeli książkary, z którą zwykle gadam o książkach, serii o „Ani z Zielonego Wzgórza”. Połknąłem właśnie pierwszą część, jestem w połowie drugiej i pewnie nie skończę na niej. Oczywiście nie jest to mój pierwszy ciąg czytelniczy spędzany na Wyspie Księcia Edwarda, powtarza się on cyklicznie od czasu, gdy jako dziesięcio- czy jedenastoletni dzieciak dorwałem się na wakacjach na wsi do biblioteczki cioci. Nie miała tylko „Doliny Tęczy”, ją przeczytałem dopiero mając dwadzieścia parę lat. Więc nie przesadzę, jak napiszę, że część serii znam na pamięć i dopiero czytanie w innym tłumaczeniu sprawiło, że nie kończę z pamięci poszczególnych zdań. A teraz w końcu skusiłem się też na serial „Ania, nie Anna”. I odkryłem płaszczyznę, która wcześniej mi gdzieś w tych książkach majaczyła, a...