Przejdź do głównej zawartości

"Bylibyśmy niejako martwi, gdybyśmy już nie mieli o czym marzyć", czyli o Ani Shirley słów kilka...

"Najgorsze jednak z tych wyobrażonych rzeczy jest to, że przychodzi chwila, w której trzeba przerwać marzenie, a to bardzo boli…"


Jestem wielbicielem Lucy Maud Montgomery, również, ku utrapieniu mojej kumpeli książkary, z którą zwykle gadam o książkach, serii o „Ani z Zielonego Wzgórza”. Połknąłem właśnie pierwszą część, jestem w połowie drugiej i pewnie nie skończę na niej. Oczywiście nie jest to mój pierwszy ciąg czytelniczy spędzany na Wyspie Księcia Edwarda, powtarza się on cyklicznie od czasu, gdy jako dziesięcio- czy jedenastoletni dzieciak dorwałem się na wakacjach na wsi do biblioteczki cioci. Nie miała tylko „Doliny Tęczy”, ją przeczytałem dopiero mając dwadzieścia parę lat. Więc nie przesadzę, jak napiszę, że część serii znam na pamięć i dopiero czytanie w innym tłumaczeniu sprawiło, że nie kończę z pamięci poszczególnych zdań. A teraz w końcu skusiłem się też na serial „Ania, nie Anna”. I odkryłem płaszczyznę, która wcześniej mi gdzieś w tych książkach majaczyła, ale dopiero obraz wydobył  dla mnie z mgły.

„Jakże żałuję, że nie żyła przynajmniej tak długo, bym mogła wołać na nią „mamo“... Jak to musi być miło mówić „mamo“. Ojciec umarł w cztery dni po niej, także na gorączkę. Odtąd nie miałam już rodziców i, jak pani Tomas opowiadała, nie wiedziano, co ze mną począć. Widzi pani, już wtedy nikt mnie nie chciał. Takie widocznie było moje przeznaczenie...”

Chodzi o przemoc i traumę, jakiej doznała Ania. Uwydatnienie tego w serialu (w postaci np. pana Hamonda czy „koleżanek” z sierocińca) pozwala w zupełnie innym kontekście osadzić wiele cech Ani. Wyobrażanie sobie przyjaciół i zupełnie fantastycznych życiorysów, uciekanie w świat fantazji, żeby zakryć czymś wysysającą życie rzeczywistość - do tego stopnia, że czasem zacierają się granice między tymi światami, rozpaczliwe pragnienie akceptacji i miłości (co w serialu chyba było jeszcze bardziej uderzające, bo początek nieco zdemonizował postać Maryli, a Ania i tak chce przede wszystkim zasłużyć, to bardzo ważne słowo, na jej miłość). Słowotok Ani w tym kontekście nie jest męczącym zagadywaniem rozmówcy na śmierć, ale wyrazem rozpaczy. 

Ania nie wraca w swoich przemowach do przeszłości. Ania nie opowiada o tym, co się działo przed jej przybyciem na Zielone Wzgórze. Poza jednym momentem, gdy w „Ani ze Złotego Brzegu” w jednym krótkim zdaniu mówi córce, że przed adopcją przez Cuthbertów często przed zaśnięciem płakała z głodu. A ja sam dopiero niedawno zacząłem mówić otwarcie o tym, że doświadczyłem w domu przemocy. Wcześniej to zagadywałem, wcześniej ukrywałem to głęboko w sobie, wcześniej odpływałem w fantazje. I teraz, kiedy zacząłem to sobie układać w głowie, zacząłem też patrzyć na świat, również ten literacki czy filmowy, z innej perspektywy.

Ten kontekst pozwala inaczej spojrzeć na wybuchy wściekłości i na gwałtowne zmiany nastroju. Żyjąc w dychotomii pomiędzy miłością i przywiązaniem do rodziny a brutalną rzeczywistością, w której to od najbliższych doznaje się krzywdy, nie można wyjść z tego bez blizn na mózgu. A czasem i na ciele. Ania rozgrzesza wszystkie rodziny, w których mieszkała. Znajduje powody wręcz do współczucia swoim opiekunom, ponieważ miłość i wdzięczność dla naszych rodziców i opiekunów to coś, czego uczymy się od pierwszego dnia naszego życia. „Najlepsze u mamy jest to, że ją mamy. Mamy ją swoją, nie cudzą, zawszę tę samą. I choćby nie wiem, co się stało, mama zawsze zostanie mamą” – do dziś potrafię zacytować z pamięci wierszyk, który mówiłem na Dzień Matki w przedszkolu. Byłem przez nią bity, a później maltretowany psychicznie. I niemalże do dnia, w którym powiedziała mi, że „zrezygnowałem z bycia jej dzieckiem”, miałem nadzieję, że będziemy mogli być rodziną. Ania przeżywała to w dwóch rodzinach przed Zielonym Wzgórzem. Na początku na Zielonym Wzgórzu też nie było różowo, ale o wiele ważniejsze było to, co działo się wcześniej.

„Rodzice moi przybyli z bardzo daleka i było ogólnie wiadomem, że nie mieli na miejscu żadnych krewnych. Wreszcie pani Tomas powiedziała, że mnie weźmie, chociaż była uboga i miała męża pijaka. Karmiła mnie flaszką. Czy pani nie wie, od czego to zależy, że ludzie karmieni flaszką mają być lepsi od innych? Bo ilekroć uczyniłam coś złego, pani Tomas mówiła tonem wyrzutu, że nie rozumie jak mogę być tak niegodziwa, skoro zadała sobie tyle pracy, karmiąc mnie flaszką.”

Ania czuje, że działa się jej krzywda, a dla wszystkich wokół ta krzywda była przezroczysta. Więc płonie w niej gniew, który udaje jej się przekuć w działanie lub zagłuszyć, ale czasem wybucha jasnym płomieniem. I tabliczka rozbija się na głowie Gilberta. Ania nie może powiedzieć, że jej opiekunowie byli chujami złamanymi, bo nikt jej nie nauczył, że może to powiedzieć, więc szuka winy w sobie. Bo nie jest dość dobra, nie jest dość ładna. Gdyby Lucy Maud Montgomery pisała tę powieść w XXI wieku, ręce Ani znaczyłyby blizny po cięciu się. Bo gdy szukasz winy w sobie, musisz się jakoś ukarać. A nie możesz krzyczeć, nie możesz dać temu ujścia w sposób, który społeczeństwo potrafi usprawiedliwić w przypadku Zinedine Zidana, ale nie potrafi usprawiedliwić w przypadku dziecka, które nagłym wybuchem przemocy reaguje na przemoc. Więc jedyną możliwość widzisz w krzywdzeniu siebie.

„Państwo Tomas przeprowadzili się z Bolingbroke do Merysville. Pozostawałam u nich do ósmego roku życia. Pomagałam piastować dzieci, a było ich czworo, młodszych ode mnie. Niech mi pani wierzy, że to była praca nielada... Aż tu razu jednego pan Tomas wpadł pod koła pociągu i został zabity. Matka jego ofiarowała się, że przyjmie pod swój dach wdowę z dziećmi, ale mnie wziąć nie chciała. Znowu zostałam bez dachu, a pani Tomas nie miała pojęcia, co ze mną zrobić.”

Serial kładzie większy akcent na akceptację Ani w środowisku lokalnym. W tej kwestii pod względem historycznym ufam trochę bardziej Lucy Maud Montgomery – jeżeli u niej nie pojawia się silny i widoczny na każdym kroku ostracyzm związany z adopcją Ani, to być może dla społeczności, w której się wychowała, nie było to aż tak szokujące. Sama autorka została przecież oddana dziadkom na wychowanie, w jej książkach pojawiają się też takie postaci jak Jaś Irving mieszkający u babci, czy wychowywani przez Marylę Tadzio i Tola. Z drugiej strony serial otwiera tutaj pole do dyskusji nad byciem innym – np. w szkolnej społeczności. Czy to było potrzebne? Nie wiem. Mnie uderzył temat przemocy i traumy, i spojrzenie z tej strony na Anię, a dla kogoś innego fascynująca może być kwestia odnalezienia się w tak nowej społeczności.

Ania ma problem z rozczytywaniem własnych uczuć. Na przykład wobec Gilberta. Życie we wspomnianej dychotomii, kiedy od wczesnego dzieciństwa krzywdzi cię ktoś, komu z zasady masz ufać, pozostawia ślad w tym, jak postrzegane są emocje i uczucia wobec wszystkich bliskich ludzi. Zawsze szukasz jakiegoś haczyka – czy to świadomie, czy, częściej, podświadomie. Zawsze się boisz, że tak relacja jest podszyta fałszem. Dominujące jest uczucie odrzucania i samotności, bardzo ważne przy interpretacji poczynań Ani, ten brak ciepłych ramion, w których można się schować. I na koniec zawsze masz poczucie, że zostajesz z czymś sam. Jeżeli nie jesteś ciągle zapewniany i przekonywany, że jest inaczej, to mózg zawsze wraca na stare tory poczucia samotności. Nie jesteś w stanie jasno określić, co ktoś wobec ciebie czuje i jak bardzo różni się to od tego, co deklaruje. Zawsze sobie zadajesz pytanie, jak wypadasz w czyichś oczach, czy się dopasowujesz, czy możesz być sobą…

I co to właściwie oznacza w tym przypadku bycie sobą…? Kiedy przez większość dzieciństwa zmyślasz, żeby przeżyć, wyobraźnią łatasz rzeczywistość, uciekasz w fantazje, kłamiesz ze strachu, budujesz sobie alter ego, w którym jesteś kimś, a nie wieczną ofiarą, kiedy od najwcześniejszych lat swojego życia uczysz się zakładać maskę, kiedy zakładasz jedną maskę przed opiekunami, drugą przed znajomymi, a trzecią przed szkołą, to lepiej nie obudzić się w dorosłym życiu z pytaniem, kim ja, kurwa, jestem...

„Wtedy to zjawiła się niejaka pani Hamond, mieszkająca dalej, nad rzeką, a widząc, że umiem zajmować się małemi dziećmi, postanowiła zabrać mnie do siebie. Odtąd więc zamieszkałam w małej chatce pośród gęstego, ciemnego lasu. Była tam straszna pustka. Jestem pewna, że nie wyżyłabym tam nigdy, gdybym nie posiadała swej wyobraźni. Pan Hamond pracował w niewielkim tartaku, a pani Hamond miała ośmioro dzieci. Trzy razy z rzędu miała bliźnięta. Kocham bardzo dzieci, ale bliźnięta trzy razy z kolei... to już za wiele. Powiedziałam to pani Hamond bardzo stanowczo, kiedy ostatnia para przyszła na świat. Tak strasznie bolały mnie ręce od tego wiecznego bujania tych dzieci...”

Anię uratowało Zielone Wzgórze. Anię uratowała Maryla i Mateusz Cuthbertowie, którzy sami w sobie są ciekawymi postaciami do interpretacji. Mateusz, milczek, odludek, kawaler, który boi się kobiet, ale intuicyjnie podejmuje dobre decyzje, nie rozmawia, nie analizuje, ale intuicyjnie robi wszystko, co w jego mocy – jest jak mój dziadek, który nie umiał rozmawiać o uczuciach, ale jak chciał mi powiedzieć, ile dla niego znaczę, to pokazywał mi, że w portfelu nosi moje zdjęcie obok zdjęcia swojej matki. I tak jak Ani odczytywała kody Mateusza, tak ja odczytywałem kody dziadka. 

I jest Maryla…

Maryla, której postać jest chyba najlepszym świadectwem geniuszu Lucy Maud Montgomery i jej zdolności obserwacji. Ale chciałbym wiedzieć więcej, kochana Maud. Chciałbym wiedzieć, co zadziało się w życiu tej kobiety, która nie potrafi mówić o uczuciach i nie mówiła o swoich rodzicach. Co się z nią działo w dzieciństwie, skoro o Toli i Tadziu mówiła, że Tadzia jest jej łatwiej kochać, bo on jej potrzebuje, a ona nie. Maryla, która nie jest w stanie podnieść ręki na dziecko – żyjąc w społeczeństwie, w którym kary cielesne są oczywistością. Maryla, która nie ufa swojej wychowanicy, gdy ta mówi, że nie ukradła broszki. Maryla, która decyzję o adopcji Ani podejmuje, słysząc jak była ona traktowana w poprzednich rodzinach. Maryla, która raz w młodości pożarła się z panem Blythe i już na zawsze została panną. Maryla, która będąc już starszą kobietą, uczyła się czułości od Ani. Maryla, która stopniała jak wosk, gdy Tadzio ją przytulił i pocałował, zaraz po tym, jak zebrał opieprz. Maryla, która ma jedną przyjaciółkę i jest nią Małgorzata Linde, kobieta niewątpliwie dobra, ale w swoich sądach ostra i nieprzejednana, głośna, aktywna, w dodatku matka i mężatka, będąca absolutnym przeciwieństwem panny Cuthbert. Maryla, która wychowuje Anię według staroświeckich zasad (a jak Lucy Maud Montgomery, rocznik 1874, nazywa coś staroświeckim, to klękajcie narody), ale potrafi się uczyć i z biegiem lat je modyfikuje. Maryla Cuthbert złagodniała, oznajmiła kiedyś mężowi Małgorzata Linde. Moja kochana Maud, je naprawdę chciałbym wiedzieć, co działo się w głowie Maryli Cuthbert. Tak, jak chciałbym wiedzieć, co było w głowach moich dziadków, że byli wspaniałym dziadostwem (tak, dziadek lubił ten dowcip) dla wszystkich swoich wnuków, ale w kwestii ich dzieci to mogę jednie powiedzieć, że wychowali czworo pojebów...

„W tym lesie nad rzeką mieszkałam całe dwa lata, aż wreszcie pan Hamond umarł, a pani zwinęła gospodarstwo. Dzieci swe rozdała krewnym, sama zaś powróciła do Stanów Zjednoczonych. Mnie nikt nie chciał wziąć, więc odesłano mnie do Domu Sierot w Hopetown. Ale i w przytułku nie chcieli mnie przyjąć. Odpowiedzieli, że mają przepełnienie. Jednakże musieli, bo gdzież miałam się podziać?”

Ania w chyba ostatnim możliwym momencie znalazła dom, w którym poczuła się bezpiecznie. W poczuciu bezpieczeństwa spędziła swoje nastoletnie lata, w poczuciu bezpieczeństwa weszła w dorosłe życie, co ją uratowało. Pozwoliło przekuć wyobrażenia w literaturę, pozwoliło stać się matką i żoną. Nawet, jeśli jej trauma nie była w pełni przepracowana.

Chryste Panie, ta książka ma ponad 100 lat, a psychologia poszła naprzód, naprzód poszły też prawa dziecka. Chociaż w społeczności, w której się wychowałem, koncepcja, że bicie dzieci nie jest dobrą metodą wychowawczą, nadal się nie przyjęła. Prawie 100-tysięczne miasto, i nie, mieszkańcy nie głosują w większości na PiS, a katolikami są raczej z nazwy. Są pojebami, a państwo polskie przed ostatnich 30 lat nie poświęciło ani złotówki i ani minuty na uświadomienie im tego smutnego faktu. Kurwa, w moim rodzinnym mieście nawet dyrektorka Ośrodka Interwencji Kryzysowej ma zarzuty, bo jak usłyszała od dziecka, że było molestowane, to stwierdziła, że bredzi i nie podjęła żadnych kroków. Zajebista społeczność, polecam, pozdrawiam, uciekajcie czym prędzej.

Po pierwszych kilku odcinkach „Ani, nie Anny” widzę w nich głębsze przeanalizowanie postaci Ani Shirley, co wydaje mi się dziejową koniecznością – Lucy Maud Montgomery nie mogła przeskoczyć własnych czasów. W serialu pojawia się też temat seksu czy miesiączki (czy może żenującego poziomu edukacji seksualnej), ale szczerze powiedziawszy nie dotknęło mnie to tak bardzo, jak patrzenie na Anię mówiącą do odbicia w szybie, i przypomnienie sobie, jak siedziałem w komórce w mieszkaniu dziadków i rozmawiałem ze swoimi wymyślonymi przyjaciółmi.

Czytałem tę serię tyle razy, a dopiero pod wpływem serialu zwróciłem uwagę na to, jak wielkim wyzwaniem była adopcja dziecka z niewątpliwą traumą. Słowotok Ani już nigdy nie będzie dla mnie ten sam. I to nie jest tak, że nie zarejestrowałem wcześniej tego drugie dna zachowania Ani. To cały czas we mnie tkwiło podczas czytania, ale teraz przybrało niemalże fizyczną postać. I to właśnie kocham w literaturze – ona żyje życiem nas wszystkich. I ta sama książka po kilkunastu latach może się okazać zupełnie inną.

„Maryla spojrzała na Anię i serce jej ścisnął jakiś dziwny ból na widok bladej twarzyczki, napiętnowanej wyrazem niemej rozpaczy, — rozpaczy małego, niewinnego stworzenia, widzącego się znowu w klatce bez sposobu wyjścia. Poczuła, że jeśli nie uczyni zadość błagalnej prośbie, zawartej w tem spojrzeniu, będzie ją ono prześladowało aż do śmierci.”


Cytaty za wydaniem z 1921 roku, które dostępne jest na Wikiźródłach -  w tłumaczeniu Rozalii Bernsztajnowej, której zawdzięczamy fakt, że Ania jest Anią z Zielonego Wzgórza, a nie z Zielonych Szczytów Dachów, a także wiele innych translacyjnych smaczków - https://pl.wikisource.org/wiki/Ania_z_Zielonego_Wzg%C3%B3rza; tytuł posta to cytat z "Ani na uniwersytecie".

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

„Najtrudniej było zobaczyć znaki od Boga w samym zgromadzeniu”, czyli o zakonnicach i przemocy

1.       SYSTEM W przypadku ukrywania pedofilii w Kościele, mówimy o systemie. O systemie pisze Martel w „Sodomie”, o systemie piszą Obirek i Nowak. O formacji seminaryjnej, która jest jedną z patologii tego systemu, napisał w „Sakramencie obłudy” Robert Samborski i wspominał o tym w „Kamieniu węgielnym” Krzysztof Charamsa. Mam jednak wrażenie, że możemy mówić o jeszcze jednym systemie w obrębie Kościoła Katolickiego – o spirali przemocy i patologii w zakonach żeńskich. Trochę sprowokował mnie   artykuł Jadczaka i Farona ( TUTAJ ) o zakonnicach znęcających się nad podopiecznymi w prowadzonym przez nie Domu Pomocy Społecznej. Oczywiście patologie dotyczą też „cywilnych” DPS, ale n ie będę tu pisać o patologii w systemie opieki społecznej w Polsce, ale o patologicznym świecie, w którym formowane są zakonnice – zakonnice prowadzące (liczby za „Zakonnice odchodzą po cichu”) 372 przedszkola, 50 różnego typu zakładów opiekuńczych i 160 domów pomocy społecznej...

O. Szustak, homoseksualizm i grzech

Obejrzałem rozmowę Karola Paciorka z o. Adamem Szustakiem na kanale Imponderabilia . Wśród wielu poruszanych tematów znalazł się temat homoseksualizmu. Od razu dwa zastrzeżenia: 1)     pominę specyficzny język Kościoła i kwestię rozważań nad słowem „naturalne”, nadmienię jednak, że mam wrażenie, że język kościelnej hierarchii (każdego stopnia) jest czymś, co paradoksalnie tworzy największy mur między Kościołem instytucjonalnym a wiernymi (mniej czy bardziej zaangażowanymi). Paradoks polega na tym, że (patrząc na statystyki dotyczące udziału wiernych w życiu Kościoła) mur ten jest największy w przypadku roczników, które przechodziły przez nawet 12 lat nauczania religii w szkołach; 2)     pominę punkt widzenia osób niewierzących i niekatolików, ponieważ wychodzę z założenia, że nie muszą mieć żadnych oczekiwań wobec nie swojego Kościoła, za to od państwa mogą wymagać skutecznego egzekwowania konstytucyjnego rozdziału państwa od Kościoła (też się go domagam, a...

Jak podejrzany o molestowanie guru sekty został proboszczem w Ukrainie

10 października 2007 roku doszło do eksmisji "zbuntowanych zakonnic" z klasztoru betanek w Kazimierzu Dolnym. Eksmisję minuta po minucie opisała Wyborcza (wszystkie linki na dole). Ale historia zaczyna się dużo wcześniej. Od razu uprzedzam, że pojawią się wątki dotyczące molestowania. O samych betankach nie będzie dużo. Będzie o ich guru. Rok 2002. Co się wtedy działo, opisał M. Dzierżanowski we "Wprost", a WP.pl opisuje, co on opisał. Do prowincjała franciszkanów konwentualnych o. Kazimierza Malinowskiego przychodzi zakonnica i dziewczyna związana z klasztorem betanek. Opowiadają, co się dzieje w zgromadzeniu. "Z ich relacji wynikało, że w trakcie tzw. kierownictwa duchowego zakonnik miał w nachalny sposób dotykać kobiety, twierdząc, że otwiera je tymi gestami na miłość Chrystusa. Wówczas obie nie przedstawiały tego jako formy seksualnego napastowania. <Mimo to zachowanie o. Romana bardzo mnie zaniepokoiło. W efekcie wydałem mu całkowity zakaz jakichkolwiek...