Przejdź do głównej zawartości

Drogi Kościele, PULL UP, TERRAIN AHEAD

Przeczytałem niedawno „Gomorę” A. Nowaka i S. Obirka, i pozostawiła mnie ona z przekonaniem, że albo polski Kościół Katolicki jest na etapie Tupolewa ścinającego wierzchołki drzew, albo jest już na etapie wbijania się w brzozę. Nie jest to może zbyt elegancka metafora, ale wydaje mi się uzasadniona z wielu przyczyn. Pilot sterroryzowany wspomnieniem Lecha Kaczyńskiego naciskającego na lądowanie w Gruzji i mówiącego „Jeśli ktoś decyduje się być oficerem, to nie powinien być lękliwy”, człowieka niemającego pojęcia o lotnictwie, ale absolutnie przekonanego o swojej wyższości, mocnego urzędem, ale nie charakterem i wiedzą. Lekceważenie procedur. Pilot, który nawet nie powinien zasiadać za sterami samolotu. Lekceważenie otoczenia i warunków zewnętrznych, które nie pozwalały nawet na myśl o lądowaniu. Lekceważenie sygnałów ostrzegawczych. Buta, pycha, arogancja i strach. I katastrofa, która na zawsze zmieniła polską scenę polityczną.

Po dołożeniu sobie książki „Sakrament obłudy” Roberta Samborskiego jestem już przekonany, że do uderzenia doszło.

Lot ku katastrofie w wykonaniu polskiego Kościoła trwa od kilkudziesięciu lat i sam moment, kiedy jeszcze można było „podnieść dziób” też trwał latami. Latami będzie też trwać upadek. Trzeba jednak lepszej wróżki ode mnie, żeby ocenić jak szybko i w jakim ostatecznie kształcie KK zakończy swój lot. Skupmy się na tym, co mamy teraz.

Obirek i Nowak piszą, że sytuacja w polskim Kościele przypomina „pod wieloma względami okres późnego Breżniewa. Wszyscy widzieli, że imperium sowieckie się rozpada, tylko jego przywódcy ślepo trzymali się władzy”. Jednocześnie nawet tacy ludzie jak Marek Jędraszewski widzą, że coś jest nie halo (przykładem może być jego wypowiedź o apostazjach w diecezji krakowskiej), ale przyczyn upatrują w mitycznych potworach gender, sekularyzacji, neomarksizmu i ekologizmu. I na ten aspekt rzuca światło Samborski piszący o formacji seminaryjnej (w sumie to powinienem jeszcze przywołać książkę „Czarni” Pawła Reszki, bo te trzy lektury bardzo ładnie się zazębiają). Formacja seminaryjna w Polsce jest żenująca. Ma jeden cel: stworzyć idealne BMW, Biernego, Miernego, Wiernego, ślepo posłusznego przełożonym księdza, księdza bez jakiejkolwiek pogłębionej wiedzy o otaczającym go świecie, a nawet o własnej religii, księdza przyzwyczajonego od pierwszych lat młodości do grania kogoś, kim nie jest, księdza będącego hipokrytą oszukującym siebie i innych, świętobliwego kapusia o ciasnym horyzoncie. Samborski pisze też bez ogródek o tym, kto wstępuje do seminarium. Mężczyźni zagubieni, klasowe ofiary, ludzie, którzy z jakiegoś powodu nie odnajdują się wśród rówieśników. Mój kolega studiował jakiś czas teologię i miał obserwację dotyczącą większości osób wybierających ten kierunek – nie przytoczę jej, ponieważ nie nadaje się do cytowania, ale w połączeniu z opinią Samborskiego daje taki obraz: młody chłopak z defektem utrudniającym życie społeczne. A co oferuje kościół? Sutanna to nadal prestiż, to władza wynikająca nie z przymiotów ducha czy intelektu, ale z zajmowanej pozycji. Z książki Samborskiego wyłania się też obraz kleryka-incela umacnianego w swoim incelstwie przez przełożonych. Umacnianego w strachu przed światem zewnętrznym, umacnianego w syndromie oblężonej twierdzy. A sutanna jest jak noszenie broni na wierzchu. Daje poczucie władzy i zewnętrznej pewności, mimo, że w środku jesteś zakompleksioną galaretą. Zostajesz księdzem i z pozycji nikogo wchodzisz na pozycję, która jeszcze niedawno oznaczała bezwarunkowy prestiż i rolę mentora.

Kiedy myślę, że dziewiętnastolatek wstępujący do seminarium wychodzi z niego po kilku latach życia w jakiejś alternatywnej rzeczywistości i ma nauczać ludzi, to śmiech mnie bierze. Dziewiętnastolatek, który, przepraszam bardzo, nigdy nie zaruchał, nigdy się nie zakochał, nigdy nie mieszkał z ukochaną kobietą, nigdy nie pracował osiem godzin dziennie, ma nagle po wyjściu z takiego Inkubatora Zjebania słuchać spowiedzi osób, które są znacznie od niego dojrzalsze emocjonalnie i społecznie – nawet jeśli są w tym samym wieku. I ma moc rozgrzeszania i wypowiadania się w imieniu Boga. Przecież to jest kurwa absurd.

Byłem jakiś czas temu na mszy w mojej parafii. I dość młody ksiądz postanowił zająć się w kazaniu tematem niedzieli jako dnia świętego. I nie psioczył, że źli pracodawcy zmuszają człowieka do pracy w niedzielę, że Biedronki i Żabki omijają prawo, żeby sklepy były otwarte. Nie. On psioczył, że ludzie idą do pracy w niedziele, a przecież w jego wyobrażonym pojmowaniu świata, wcale nie muszą. Jak tego słuchałem, to strzeliłem facepalma, bo ten stopień odklejenia od rzeczywistości był trudny do skomentowania. Samborski też o tym pisze, ale w trochę szerszy sposób – pisze o tym, że klerycy są wykorzystywani (podobnie jak siostry zakonne) jako darmowa siła robocza i nie znają ani wartości pieniądza, ani wartości pracy, a że nigdy nie pracowali na swoje utrzymanie w, powiedzmy, konwencjonalny sposób, to chuja wiedzą o tym, jak to wygląda. I oni mają pouczać ludzi z ambony! Oni mają mówić kazania o św. Józefie Robotniku! To już Karol Wojtyła miał większe pojęcie o pracy, bo siłą rzeczy/Rzeszy musiał pracować w kamieniołomie, i w sumie encyklika „Laborem exercens” nie jest najgłupszą rzeczą, jaką w życiu przeczytałem (a patoliberałowie dostaliby wspaniałego bólu dupy, gdyby ją im cytować).

Marek Jędraszewski, zastępca przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, zdał maturę w 1967 roku i natychmiast wstąpił do seminarium. Tak samo przewodniczący KEP Stanisław Gądecki. Księżmi zostali w 1973 roku. Co to oznacza? To oznacza, że dwie najważniejsze osoby w KEP ostatni raz rozmawiały miały kontakt z tą samą rzeczywistością, co ich rówieśnicy, w 1967 roku. 54 lata temu! PIĘĆDZIESIĄT. CZTERY. LATA. TEMU. Pierwszym sekretarzem był Władysław Gomułka, premierem był Józef Cyrankiewicz, Karol Wojtyła dopiero co został kardynałem, miała miejsce wojna sześciodniowa i po raz pierwszy przekroczono odległość 150 metrów na skoczni narciarskiej! Kiedy zostawali księżmi na czele KC PZPR stał Edward Gierek, prezydentem USA był Richard Nixon, premierę mieli „Chłopi”, a do służby wszedł kuter torpedowy ORP „Odważny”, który od 31 lat jest eksponatem muzealnym!

W Polsce jest 14 archidiecezji, średnia roku wstąpienia obecnych arcybiskupów do seminarium/nowicjatu: 1973 rok. Średnia święceń kapłańskich: 1979 rok. O czym my w ogóle rozmawiamy, skoro ludzie, którzy rządzą w polskim Kościele stracili kontakt z rzeczywistością swoich owieczek w latach 70.?!

I nie byłoby nic złego w wieku hierarchów Kościoła Katolickiego w Polsce, gdyby nie specyficzna formacja tych ludzi – formacja, która wyklucza myślenie (nie tyle samodzielne myślenie, co myślenie w ogóle), inicjatywę, podążanie wbrew prądom, formacja, która zakłada ciągłe zagrożenie z zewnątrz. W PRL wrogiem była partia, później trzeba było sobie wroga poszukać. I jak piszą Nowak i Obirek, i co potwierdza Samborski, polski Kościół nie potrafi funkcjonować przez wroga. Polski Kościół nie jest za Ewangelią, jest przeciw – przeciw integracji europejskiej, przeciw LGBT, przeciw „ekologizmowi”, przeciw feminizmowi. I miał w tym swój udział również Jan Paweł II – „Niestety w czasie ostatnich pontyfikatów Jana Pawła II i Benedykta XVI to nie ubodzy byli w centrum uwagi Kościoła, lecz walka z ideologicznymi wrogami. Najpierw był to marksizm, które[1]mu jakoby ulegali teolodzy wyzwolenia, a później tajemnicza „ideologia gender” (...) Tak naprawdę jednak pontyfikat polskiego papieża zbiegł się z wykreowaniem nowego wroga. To już nie protestant, muzułmanin ani Żyd, a więc osobowy antagonista katolicyzmu. Kiedy upadł komunizm, wrogiem katolika stały się liberalna demokracja i pluralizm kulturowy oraz religijny, które Wojtyła ochrzcił wspólnym mianem cywilizacji śmierci”.

Kościół  Katolicki w Polsce nawet nie próbuje udawać, że chce kreować jakąś rzeczywistość. Nie, on jest przeciwko rzeczywistości. Przeciwko rzeczywistości, w której kobiety mają prawa równe prawom mężczyzn, przeciwko rzeczywistości, w której osoby LGBT mogą godnie żyć, przeciwko zdobyczom współczesnej nauki, przeciwko pluralizmowi. Przeciwko światu, w którym można mieć inne poglądy niż te wykładane przez KK – ponieważ antyintelektualizm KK sprawił, że jedyna rzeczywistość, w jakiej radzą sobie polscy księża, to taka, w której mają rację, bo Bóg dał im koloratkę. Nie siła argumentów, bo nie potrafią ich używać, tylko argumenty siły. Wspaniałym przykładem są lekcje religii – po 12 latach uczęszczanie na katechezę w szkole wychodzi się z niej z zerową wiedzą o Kościele i teologii, za to obejrzanymi filmami o aborcji. Gdzie w tym wszystkim jest Ewangelia?

Efekt? Tłum przeważnie młodych osób krzyczących pod oknami na Franciszkańskiej „Jędraszewski, wypierdalaj”, coraz mniej osób uczęszczających na tę parodię lekcji, jaką jest katecheza w szkole, coraz mniej chętnych do seminarium, coraz większe zabetonowanie Kościoła, ale i coraz więcej sytuacji, w których Kościół ma twarz agresywnego faszysty z Marszu Niepodległości, a także tzw. ruchów charyzmatycznych, o których Nowak i Obirek piszą jako o zagrożeniu dla Kościoła. Nacisk na antyintelektualne rytuały magiczne typu beatyfikacje, pot świętych i ks. Bashobora na stadionie, flirt ze skrajnie prawicowymi ugrupowaniami, różańce mężczyzn i egzorcyzmy. Magia zamiast religii.

A co się dzieje z osobami, które mają potrzebę zgłębiania wiedzy o swoim wyznaniu. Nowak i Obirek: „Tymczasem w socjologii religii w USA dominuje zaciekawienie grupą ludzi, którzy przestają praktykować. Padają pytania o powody odejść z Kościoła i często się okazuje, że właśnie ci, którzy zaprzestali praktyk, stanowią grupę o najbardziej pogłębionej świadomości religijnej”.

Tak w połowie „Sakramentu obłudy” miałem myśl, że jeśli ma się wydarzyć cud i uratować polski Kościół, to musiałby się zacząć od zamknięcia w pizdu wszystkich polskich seminariów. Ale to się nie stanie. Tak, panie Tusk, będziemy drugą Irlandią – tylko nie tak, jak myślałeś. Jestem z tego pokolenia, że płakałem, kiedy zmarł Jan Paweł II – i czuję, że doczekam się czasu, kiedy zobaczę, jak w Polsce upadają jego pomniki. Prędzej czy później.

Nie jest jednak różowo. Kościół jest w swoim dążeniu do władzy i wpływu na polskie społeczeństwo śmiertelnie groźny. Jedna rzecz to wspieranie całkowitego zakazu aborcji - który, jak przecież wiemy, jest potencjalnie śmiertelnym zagrożeniem dla każdej kobiety, która zajdzie w ciążę; druga... Pod ustawą Kai Godek zakazującą np. Marszów Równości zbierano podpisy w ponad 400 polskich kościołach. Dzięki temu mogłem, podobnie jak inne osoby LGBT, usłyszeć z mównicy sejmowej, że jestem degeneratem i zboczeńcem, że jestem jak naziści, że chcę gwałcić i zabijać dzieci, że nie powinienem pracować z dziećmi... Kościół, zanim pierdolnie o ziemię, będzie coraz bardziej radykalny. I będzie miał na rękach krew kobiet i osób LGBT. Będzie ciąć "krzyżem jak brzytwą".



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

„Najtrudniej było zobaczyć znaki od Boga w samym zgromadzeniu”, czyli o zakonnicach i przemocy

1.       SYSTEM W przypadku ukrywania pedofilii w Kościele, mówimy o systemie. O systemie pisze Martel w „Sodomie”, o systemie piszą Obirek i Nowak. O formacji seminaryjnej, która jest jedną z patologii tego systemu, napisał w „Sakramencie obłudy” Robert Samborski i wspominał o tym w „Kamieniu węgielnym” Krzysztof Charamsa. Mam jednak wrażenie, że możemy mówić o jeszcze jednym systemie w obrębie Kościoła Katolickiego – o spirali przemocy i patologii w zakonach żeńskich. Trochę sprowokował mnie   artykuł Jadczaka i Farona ( TUTAJ ) o zakonnicach znęcających się nad podopiecznymi w prowadzonym przez nie Domu Pomocy Społecznej. Oczywiście patologie dotyczą też „cywilnych” DPS, ale n ie będę tu pisać o patologii w systemie opieki społecznej w Polsce, ale o patologicznym świecie, w którym formowane są zakonnice – zakonnice prowadzące (liczby za „Zakonnice odchodzą po cichu”) 372 przedszkola, 50 różnego typu zakładów opiekuńczych i 160 domów pomocy społecznej...

O. Szustak, homoseksualizm i grzech

Obejrzałem rozmowę Karola Paciorka z o. Adamem Szustakiem na kanale Imponderabilia . Wśród wielu poruszanych tematów znalazł się temat homoseksualizmu. Od razu dwa zastrzeżenia: 1)     pominę specyficzny język Kościoła i kwestię rozważań nad słowem „naturalne”, nadmienię jednak, że mam wrażenie, że język kościelnej hierarchii (każdego stopnia) jest czymś, co paradoksalnie tworzy największy mur między Kościołem instytucjonalnym a wiernymi (mniej czy bardziej zaangażowanymi). Paradoks polega na tym, że (patrząc na statystyki dotyczące udziału wiernych w życiu Kościoła) mur ten jest największy w przypadku roczników, które przechodziły przez nawet 12 lat nauczania religii w szkołach; 2)     pominę punkt widzenia osób niewierzących i niekatolików, ponieważ wychodzę z założenia, że nie muszą mieć żadnych oczekiwań wobec nie swojego Kościoła, za to od państwa mogą wymagać skutecznego egzekwowania konstytucyjnego rozdziału państwa od Kościoła (też się go domagam, a...

Jak podejrzany o molestowanie guru sekty został proboszczem w Ukrainie

10 października 2007 roku doszło do eksmisji "zbuntowanych zakonnic" z klasztoru betanek w Kazimierzu Dolnym. Eksmisję minuta po minucie opisała Wyborcza (wszystkie linki na dole). Ale historia zaczyna się dużo wcześniej. Od razu uprzedzam, że pojawią się wątki dotyczące molestowania. O samych betankach nie będzie dużo. Będzie o ich guru. Rok 2002. Co się wtedy działo, opisał M. Dzierżanowski we "Wprost", a WP.pl opisuje, co on opisał. Do prowincjała franciszkanów konwentualnych o. Kazimierza Malinowskiego przychodzi zakonnica i dziewczyna związana z klasztorem betanek. Opowiadają, co się dzieje w zgromadzeniu. "Z ich relacji wynikało, że w trakcie tzw. kierownictwa duchowego zakonnik miał w nachalny sposób dotykać kobiety, twierdząc, że otwiera je tymi gestami na miłość Chrystusa. Wówczas obie nie przedstawiały tego jako formy seksualnego napastowania. <Mimo to zachowanie o. Romana bardzo mnie zaniepokoiło. W efekcie wydałem mu całkowity zakaz jakichkolwiek...