Przejdź do głównej zawartości

"A co Danuśka? dobrze mieć swego rycerza?", czyli czytam "Krzyżaków" i zbiera mi się na pawia

Lubię sobie czasem przypomnieć książki, które już czytałem, na przykład jako lekturę, i zobaczyć, jak zmienia się mój odbiór treści wraz z tym, jak nabieram doświadczenia, oczytania i ooglądania (w sensie zapoznania się z filmami i serialami). No i wziąłem się za "Krzyżaków". I myślałem, że się porzygam.

Tak, chodzi o "związek" Danuśki i Zbyszka. W szkole polonistka przy omawianiu tej lektury powiedziała, ze ona miała 12 lat, on miał 18, ale takie były czasy. Tylko że ten argument kiepsko znosi konfrontację z innymi tekstami kultury, a nawet z treścią książki. Bo problemem nie jest to, że Danuśka została zaręczona ze Zbyszkiem, mając 12 lat, bo rzeczywiście, takie były czasy. Problemem jest sposób, w jaki Sienkiewicz opisuje ten "związek".

Argument "takie były czasy" może się obronić przy opisie Sansy Stark z prozy G.R.R. Martina. Na początku "Pieśni Lodu i Ognia" Sansa ma 11 lat. Jest dzieckiem, jest naiwna i ma głowę wypełnioną rycerskimi opowieściami. Zupełnie jak Danusia. Tylko że ma też dojrzałość dostosowaną do wymogów czasów, w jakich funkcjonuje. Wie jak się zachować zgodnie ze swoim stanem, wie, jakie są stawiane przed nią wymagania społeczne. Bywa głupiutka w swojej miłości do Joffreya, ale wynika to z braku doświadczenia życiowego - wraz z jego nabieraniem i traceniem niewinności, dojrzewa i zmienia się. Pierwszy moment, w którym Sansa zaczyna coś mówić pochodzi z fragmentu, w którym Martin prowadzi narrację z punktu widzenia Aryi (którą siostra wkurwia niemożebnie):

"Beth Cassel łapczywie wsłuchiwała się w każde słowo Sansy, której Jeyne Poole szeptała coś do ucha.

- O czym rozmawiacie? - spytała Arya.

Jeyne rzuciła jej trochę przestraszone spojrzenie i zachichotała. Sansa wyglądała na speszoną. Beth zarumieniła się. Żadna nie odpowiedziała.

- Rozmawiałyśmy o księciu - powiedziała wreszcie Sansa słodkim głosikiem."

Tymczasem pierwszy fragment, w którym Danusia mówi, brzmi tak:

"— Danuśka, Danuśka! chceszli mieć swego rycerza?

 A przetowłosa Danusia podskoczyła naprzód trzy razy do góry w swoich czerwonych trzewiczkach, a następnie chwyciwszy księżnę za szyję, poczęła wołać z taką radością, jakby jej obiecywano jakąś zabawę, w którą się tylko starszym bawić wolno:

 — Chcę, chcę, chcę!"

A potem nadal jest źle.

"Danusia siadła na miejscu pani. Chciała przytem udać powagę, ale modre jej oczki śmiały się do klęczącego Zbyszka, i nie mogła się powstrzymać od przebierania z radości nóżkami."

"Księżna podniosła się i zaraz usiadła z twarzą zmienioną przez trwogę, Danusia pochowała głowę w fałdy sukni księżny."

"Jakoż, nabierając co chwila pełną garść orzechów, czy to laskowych, czy włoskich, nie wkładał ich między zęby, jak czynili inni, ale zaciskał swe żelazne palce, kruszył je, a potem podawał Danusi wybrane z pośród skorup ziarna. Wymyślił nawet dla niej i zabawę, albowiem po wybraniu ziarn, zbliżał do ust pięść i wydmuchiwał nagle swym potężnym tchem skorupy aż pod pułap. Danusia śmiała się tak, że aż księżna z obawy, że się dziewczyna udławi, musiała mu nakazać, by tej zabawy zaniechał, widząc jednak uradowanie dziewczyny, spytała:

 — A co Danuśka? dobrze mieć swego rycerza?

 — Oj, dobrze! — odpowiedziała dziewczyna."

" Lecz Danusia przyszła mu w pomoc. Bardzo jej miły był Zbyszko i miło jej było uchodzić nie za <skrzata>, ale za <źrzałą dziewkę.> Podobały jej się i zrękowiny i słodkości, jakie jej rycerzyk codziennie znosił, więc teraz, gdy zrozumiała, że jej to wszystko chcą odjąć, zsunęła się coprędzej z poręczy krzesła i ukrywszy głowę na kolanach ojca, poczęła wołać:

 — Tatulu, tatulu, bo będem płakać!"

" A Danusia, objąwszy go ramionami, tak właśnie jak młodsza siostra obejmuje miłego brata, przyłożyła swój zadarty nosek do jego policzka i płakała wielkimi, jak groch, łzami, powtarzając:

 — Nie chcę do Ciechanowa bez Zbyszka, nie chcę do Ciechanowa!"

I wielki finał, trochę dłuższy, ale wart zachodu:

"Księżna myślała w pierwszej chwili, iż to któryś z dworzan, zawiniwszy coś względem księcia, prosi jej o wstawiennictwo, lecz Danusia, która wzrok miała bystrzejszy, postąpiła krok naprzód — i pochyliwszy swą jasną głowę, krzyknęła nagle cieńkim, przeraźliwym głosem:

 — Zbyszko!

 Poczem, nie myśląc o tem, że patrzy na nią dwór i zagraniczni goście, skoczyła, jak sarna ku młodemu rycerzowi, i objąwszy go ramionami, poczęła całować jego oczy, usta, policzki, tuląc się do niego i piszcząc przytem z wielkiej radości póty, póki nie zagrzmieli jednym wielkim śmiechem Mazurowie, i póki księżna nie pociągła ją za kołnierz ku sobie.

 Wówczas spojrzała po ludziach, i strapiwszy się okrutnie, z równą szybkością schowała się za księżnę, ukrywszy się w fałdach jej spódnicy tak, że jej ledwie wierzch głowy było widać.

 Zbyszko obiął nogi pani, ta zaś podniosła go i poczęła witać, a zarazem wypytywać się o Maćka, czy zmarł, czy też żyw, a jeśli żyw, czy nie przyjechał także na Mazowsze? Zbyszko odpowiadał niezbyt przytomnie na te pytania, albowiem przechylając się na obie strony, starał się dojrzeć za księżną Danuśkę, która to wychylała się przez ten czas ze spódnicy pani, to znów dawała nurka w jej fałdy. Mazurowie w boki się brali na owo widowisko, śmiał się i sam książę, aż wreszcie, gdy wniesiono gorące misy, zwróciła się rozradowana pani do Zbyszka i rzekła:

 — Służ-że nam, miły służko, a bogdaj nie tylko przy jadle, ale i na zawsze.

 Potem zaś do Danusi:

 — A ty, mucho utrapiona, wyleźże raz z za spódnicy, bo mi ją do reszty oberwiesz.

 Więc Danusia wyszła z za spódnicy, spłoniona, pomieszana, podnosząca co chwila na Zbyszka oczy lękliwe, zawstydzone, a ciekawe — i tak cudna, że aż rozpłynęło się serce nie tylko w Zbyszku, ale i w innych mężach: starosta krzyżacki ze Szczytna począł przykładać raz po razu dłoń do swych grubych, wilgotnych warg, de Lorche zaś zdumiał się; podniósł obie ręce w górę i zapytał:

 — Na świętego Jakuba z Kompostelli, kto jest ta dziewica?

(...)

Danusia trzymała głowę, jak mogła najniżej nad miską, bo wstyd jej było ludzi, ale trochę na bok, by Zbyszko mógł widzieć jej twarz. On zaś patrzał chciwie i z zachwyceniem na jej jasną drobną głowę, na różowy policzek, na ramiona, przybrane w obcisłą odzież, które przestawały już być dziecinne, i czuł, że wzbiera w nim jakby rzeka nowej miłości, która zalewa mu całe piersi. Czuł także na oczach, na ustach i na twarzy jakoby jej pocałunki. Niegdyś wydawała mu się ona tak, jak siostra bratu i on przyjmował ją, jak miłe dziecko. Teraz, na świeże pieszczot wspomnienie, działo się z nim to, co czasem działo się przy Jagience: brały go ciągoty i ogarniała go omdlałość, pod którą taił się żar, jak w przysypanem popiołem ognisku. Danusia wydawała mu się dorosłą zupełnie panną, bo też i rzeczywiście wyrosła, rozkwitła. A przytem tyle i tak ciągle mówiono przy niej o miłości, że równie jak pączek kwiatowy, przygrzany słońcem, kraśnieje i otwiera coraz bardziej, tak i jej otworzyły się oczy na miłość — i skutkiem tego było w niej teraz coś, czego nie było poprzednio — jakaś uroda już nie tylko dziecinna i jakaś ponęta mocna, upajająca, bijąca od niej tak, jak bije ciepło od płomienia, albo zapach od róży."

Czyli mamy tutaj 12-latkę, która zachowuje się jak 5-latka, a Zbyszko zaczyna w niej widzieć kobietę, do której zaczynają brać go ciągoty i parafrazując te kwieciste wywody Sienkiewicza, staje mu.

Bo Zbyszko generalnie tak widzi Danuśkę:

"Zbyszko padł im kolejno do nóg, poczem jakkolwiek był w utrapieniu, po bezsennej nocy, w niedoli i niepewności, nie do tyla jednak zapomniał o rycerskiej powinności, aby nie okazać Danusi zdumienia nad jej urodą."

"Przypomniał sobie, jak ją chwycił na ręce w chwili rozstania się z księżną, i jak jej łzy spływały mu po policzku, przypomniał sobie jej jasną twarz, jej przetowłosą główkę, jej chabrowe wianuszki i jej śpiewanie, jej czerwone trzewiczki z długimi nogami, które całował na odjezdnem — wreszcie wszystko, co zaszło od chwili, jak się poznali; i ogarnął go taki żal, że jej blizko nie ma, i taka po niej tęsknota, że całkiem w niej zatonął, stracił pamięć, że jest w lesie, że czatuje na zwierza, a natomiast począł sobie mówić w duszy:

 — Pójdę ja k’tobie, bo mi nie żyć bez ciebie."

"— Do Danuśki jadę, do mojej najmilszej! — rzekł sobie.

 I wraz zmiarkował, że to jest inne kochanie, jakby pobożniejsze."

No ale może w czasach Sienkiewicza to było normalne, że 12-latki zachowują się jak 5-letnie dzieci, ale jednocześnie są traktowane jako niemalże dorosłe kobiety? No nie bardzo.

"Krzyżacy" zostali wydani w 1900 roku. "Ania z Zielonego Wzgórza" została opublikowana po raz pierwszy w 1908, akcja dzieje się z latach 70. XIX wieku, a Ania zostaje adoptowana przez Marylę i Mateusza, mając jedenaście lat i na pierwszych dwudziestu stronach prawdopodobnie powiedziała więcej słów, niż wszystkie bohaterki Sienkiewicza razem wzięte. "Tajemniczy ogród" został wydany pierwszy raz w 1911 roku, a Mary Lennox miała dziewięć lat, kiedy zmarli jej rodzice, i w pierwszym akapicie książki pokazuje więcej charakteru (niezbyt przyjemnego, ale przynajmniej miała jakieś cechy) niż Danuśka przez całą książkę. 

Należy tutaj stwierdzić, że Danuśka i Ligia z "Quo vadis" to są nawet jak na Sienkiewicza wyjątkowe paprotki. One muszą być, bo Zbyszko i Winicjusz muszą mieć swoje powody do robienia męskich, odważnych, bohaterskich rzeczy (i dostawania co jakiś czas wylewów spermy do mózgu), i na tym się ich rola kończy. Sienkiewicz marginalizowanie ról "głównych bohaterek" posunął tutaj do takiego absurdu, że usunął je z pola widzenia. Danuśka trafiła do niewoli, Ligia do więzienia - o Jezu, to było piękne, że jak już Winicjusz mógł się do niej dostać, to zachorzała bidulka i mówić nie mogła, żeby czasem nasz drogi Heniu nie musiał babskich dialogów pisać. Jednocześnie Sienkiewicz rozpływa się nad tymi dwoma przystojnymi, młodymi, atrakcyjnymi, umięśnionymi mężczyznami. Danuśka i Ligia to są święte posążki, które ładnie wyglądają, fajnie za nie się bić, ale nie mają nic do powiedzenia (w sumie podobna sytuacja jest z Nel). A Zbyszko i Winicjusz to chłopaki pełne gorącej krwi.

Akte, Poppea, Pomponia Grecyna, Jagienka i księżna Danuta - te bohaterki są o wiele bardziej wyraziste od podobno głównych bohaterek. Nawet Aniela Sieciechówna jest ciekawsza od Danusi! Problem Sienkiewicza nie polega na tym, że nie potrafi napisać postaci kobieciej. Problem Sienkiewicza polega na tym, że jego ideałem kobiety jest święty posążek. A Danuśka i Ligia są uosobieniem ideału. Ideału, który nie mówi, nie myśli i nie robi nic konstruktywnego oprócz "przebierania z radości nóżkami" do swojego idealnego mężczyzny. 

Sienkiewicz pisze tak, jakby nigdy w życiu nie rozmawiał z młodą kobietą, a tym bardziej dzieckiem. Musiał być zajebistym ojcem - w roku wydania "Krzyżaków" jego córka miała 17 lat. Ciekawostka, tak o drugim małżeństwie Sienkiewicza pisze Magdalena Samozwaniec w "Marii i Magdalena": "podczas podróży poślubnej Sienkiewicz, będąc już wówczas niemłodym człowiekiem, tak przestraszył albo - co gorsza - nie przestraszył <niewinnej panienki>, że ta zwiała mu z podróży poślubnej wprost w objęcia zdumionej matki. Był to wielki towarzyski skandal, którym dłuższy czas zabawiało się grono ich znajomych".

Mniejsza o to, z czego wynika fakt, że Sienkiewicz nie potrafi tworzyć postaci młodych kobiet, a jego ideałem jest święta figurka. Ważny jest efekt. A efekt wygląda tak, że 18-latek ślini się do 12-latki zachowującej się jak 5-latka. Wypada to wyjątkowo obrzydliwie i jest chyba najpoważniejszym z zarzutów, jakie można postawić "Krzyżakom". Uważam, że jest to jedna z książek, które nie powinny być w XXI wieku lekturami - nie wnosi nic pozytywnego, nie ma jakiś szczególnych walorów literackich. A potencjał negatywny jest wyjątkowo okazały. 


Cytaty z "Krzyżaków" za wydaniem z 1900 roku dostępnym u najlepszego z dzieci Wikipedii - Wikiźródłach.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

„Najtrudniej było zobaczyć znaki od Boga w samym zgromadzeniu”, czyli o zakonnicach i przemocy

1.       SYSTEM W przypadku ukrywania pedofilii w Kościele, mówimy o systemie. O systemie pisze Martel w „Sodomie”, o systemie piszą Obirek i Nowak. O formacji seminaryjnej, która jest jedną z patologii tego systemu, napisał w „Sakramencie obłudy” Robert Samborski i wspominał o tym w „Kamieniu węgielnym” Krzysztof Charamsa. Mam jednak wrażenie, że możemy mówić o jeszcze jednym systemie w obrębie Kościoła Katolickiego – o spirali przemocy i patologii w zakonach żeńskich. Trochę sprowokował mnie   artykuł Jadczaka i Farona ( TUTAJ ) o zakonnicach znęcających się nad podopiecznymi w prowadzonym przez nie Domu Pomocy Społecznej. Oczywiście patologie dotyczą też „cywilnych” DPS, ale n ie będę tu pisać o patologii w systemie opieki społecznej w Polsce, ale o patologicznym świecie, w którym formowane są zakonnice – zakonnice prowadzące (liczby za „Zakonnice odchodzą po cichu”) 372 przedszkola, 50 różnego typu zakładów opiekuńczych i 160 domów pomocy społecznej...

O. Szustak, homoseksualizm i grzech

Obejrzałem rozmowę Karola Paciorka z o. Adamem Szustakiem na kanale Imponderabilia . Wśród wielu poruszanych tematów znalazł się temat homoseksualizmu. Od razu dwa zastrzeżenia: 1)     pominę specyficzny język Kościoła i kwestię rozważań nad słowem „naturalne”, nadmienię jednak, że mam wrażenie, że język kościelnej hierarchii (każdego stopnia) jest czymś, co paradoksalnie tworzy największy mur między Kościołem instytucjonalnym a wiernymi (mniej czy bardziej zaangażowanymi). Paradoks polega na tym, że (patrząc na statystyki dotyczące udziału wiernych w życiu Kościoła) mur ten jest największy w przypadku roczników, które przechodziły przez nawet 12 lat nauczania religii w szkołach; 2)     pominę punkt widzenia osób niewierzących i niekatolików, ponieważ wychodzę z założenia, że nie muszą mieć żadnych oczekiwań wobec nie swojego Kościoła, za to od państwa mogą wymagać skutecznego egzekwowania konstytucyjnego rozdziału państwa od Kościoła (też się go domagam, a...

Jak podejrzany o molestowanie guru sekty został proboszczem w Ukrainie

10 października 2007 roku doszło do eksmisji "zbuntowanych zakonnic" z klasztoru betanek w Kazimierzu Dolnym. Eksmisję minuta po minucie opisała Wyborcza (wszystkie linki na dole). Ale historia zaczyna się dużo wcześniej. Od razu uprzedzam, że pojawią się wątki dotyczące molestowania. O samych betankach nie będzie dużo. Będzie o ich guru. Rok 2002. Co się wtedy działo, opisał M. Dzierżanowski we "Wprost", a WP.pl opisuje, co on opisał. Do prowincjała franciszkanów konwentualnych o. Kazimierza Malinowskiego przychodzi zakonnica i dziewczyna związana z klasztorem betanek. Opowiadają, co się dzieje w zgromadzeniu. "Z ich relacji wynikało, że w trakcie tzw. kierownictwa duchowego zakonnik miał w nachalny sposób dotykać kobiety, twierdząc, że otwiera je tymi gestami na miłość Chrystusa. Wówczas obie nie przedstawiały tego jako formy seksualnego napastowania. <Mimo to zachowanie o. Romana bardzo mnie zaniepokoiło. W efekcie wydałem mu całkowity zakaz jakichkolwiek...