Być może popełniamy błąd, mówiąc o śmierci Doroty z Nowego Targu w kontekście aborcji. Bo chyba tu nie o aborcję chodzi. O wiele właściwszym terminem wydaje się uporczywa terapia wbrew woli i wiedzy matki.
Nie mówimy o sytuacji, w której
znaleźli się na przykład Patryk Jaki z małżonką, kiedy dowiedzieli się, że ich
syn urodzi się z zespołem Downa. Wygląda na to, że są wspaniałymi rodzicami,
chociaż tylko jednego nie rozumiem: jak Patryk Jaki, który musiał sobie zadać
pytanie, co się stanie z Radkiem, gdyby oboje z żoną umarli, może nie robić
absolutnie nic w kwestii osób z niepełno sprawnościami wykluczającymi
samodzielne życie. Ale to jest inna historia. Małżeństwo Jakich wiedziało, co
biorą na swoje barki, kiedy żona Patryka była w ciąży, wzięli to na swoje
barki, a ich dobra sytuacja majątkowa im pomogła w byciu rodzicami. Ale nie mówimy
o takiej sytuacji.
Nie mówimy też o sytuacji, w której
dziecko (nie widzę sensu mówienia o płodzie – najbardziej okrutną stroną
obecnego prawa antyaborcyjnego jest to, że mówimy o śmierci matek wyczekujących
swoich dzieci; a i poronienie wyczekiwanego dziecka może być straszną traumą,
nawet jeśli dziecko jest kilkoma nieogarniętymi życiowo komórkami, ale w oczach
rodziców ma już imię, osobowość, a nawet plany na przyszłość, bo np. tata marzy
o tym, że będą razem oglądać zamki, a mama o tym, że będą razem grać na gitarze),
ma wady pozwalające żyć przez kilka dni, miesięcy, najwyżej lat po porodzie. I
zawsze jest nadzieja. Że medycyna coś wymyśli. Że zdarzy się cud i to
wyczekiwane dzieciątko będzie żyło.
Mówimy o sytuacji, w której jasne
jest, że dziecko ma minimalne szanse na przeżycie, a każdy dzień przeciągania
agonii tego dziecka w łonie matki to zwiększanie zagrożenia dla niej. Jakbym
miał raka, to chciałbym usłyszeć od lekarza, że możemy zrobić to, to i to,
takie masz pan szanse w każdej z tych sytuacji. Z tego, co wiemy o historii
Doroty wynika, że lekarze nie przedstawili jej faktycznej sytuacji, tylko ciągnęli
w nieskończoność sytuację, żeby tylko nie wyszło na to, że w jakikolwiek sposób
zakończyli „życie” dziecka. Uporczywa terapia w przypadku dorosłych może być
przerwana wolą tej osoby. „Pozwólcie mi odejść do domu Ojca” – to były ostatnie
słowa Jana Pawła II. Być może za pomocą aparatury medycznej można było sprawić,
żeby jego serce biło jeszcze jeden dzień czy dwa. Ale uszanowano jego wolę.
W każdej kwestii dotyczącej dziecka narodzonego wola rodziców jest szanowana. Co więcej, prawda jest taka, że jak rodzic wbrew opinii lekarza kończy leczenie, to chuj to kogokolwiek obchodzi, póki dziecko żyje – doświadczyłem tego na własnej skórze, moja matka przez lata ignorowała zalecenia lekarzy, jeśli były sprzeczne z jej widzimisię (a nie chodziło o zwichnięty palec u lewej stopy, tylko o poważne problemy mogące rzutować na całe życie). Dlaczego więc nie szanujemy woli rodziców w przypadku dzieci nienarodzonych? Dlaczego przedłużamy agonię dzieci w łonach matek, narażając ich życie? Jak to jest w ogóle kurwa możliwe, że lekarze mogą nie przedstawiać rodzicom faktów, tylko trzymać ich w nieświadomości? Przecież de facto zatajenie tego, jak poważna była sytuacja Doroty, było jebanym kłamstwem w żywe oczy.
Dorota i jej mąż zostali oszukani tylko po to, żeby lekarze mieli czyste ręce – czyste ręce w tym wypadku oznaczały uporczywą terapię dziecka w łonie matki, które skończyło się śmiercią obojga. To jest jakaś kurwa aberracja. Wypaczenie medycyny i wypaczenie ochrony życia. To nie ma nic wspólnego z byciem pro-choice czy pro-life. To jest kontynuowanie uporczywej terapii wbrew woli najbardziej zainteresowanej osoby.
Tak naprawdę śmierć Doroty powinna zjednoczyć wszystkie kobiety, wszystkie matki, bo w imię własnych interesów lekarze podjęli decyzję za nią. I Dorota nie żyje. Tak samo jak jej dziecko. To jest po prostu kurwa złe. To jest pokazanie wprost, że nie chodzi o żadne życie, o żadne dzieci, o żadne matki, o żadne ideały - chodzi tylko o kontrolę i pokazanie, kto tu jest panem życia i śmierci.
Komentarze
Prześlij komentarz