Przejdź do głównej zawartości

„Tár”, czyli tragedie uprzywilejowanych

 Obejrzałem w końcu „Tár” z 2022 roku z Cate Blanchett i muszę ten film rozchodzić.

Musicie o mnie wiedzieć, że jestem psychofanem muzyki, chociaż na niczym nie gram i nie umiem śpiewać (ale czasem śpiewam mojemu psu i on wtedy chce dzwonić po OTOZ). Więc tak z trailera, to oczekiwałem trochę więcej muzycznego podniecenia, ale tego nie było (jeśli chodzi o wykorzystanie muzyki klasycznej nie tylko jako tła, ale też jako Pełnoprawnej Bohaterki, to serio „V for vendetta” zrobiło to lepiej). No więc skupmy się na innych kwestiach.

Po pierwsze, cieszę się, że mamy główną bohaterkę, która jest lesbijką, ale jej orientacja nie jest tematem w tym filmie. Równie dobrze mogłaby mieć męża i dziecko, a ma żonę i dziecko (prawdopodobnie adoptowane, a przynajmniej nie wychwyciłem komunikatu na ten temat). I to jest bardzo spoko. Nie ma tu walki o prawa (jak w „Tytule do praw”) czy poszukiwania własnej tożsamości (jak w dramacie „Carol”, też z Blanchett, w filmie, który oglądałem ze sporym wzruszeniem). Więc skoro tematu nie ma, to czemu się na ten temat rozpisuję? Bo, patrząc z Polski, to takie przedstawienie sprawy kieruje nas automatycznie do najważniejszej cechy głównej bohaterki: absolutnego uprzywilejowania.

Wszystko w tym filmie można przełożyć na warunki polskie. Wszyscy mamy koleżanki twierdzące, że nie ma żadnego patriarchatu, że te feministki to przesadzają, że jak one pokonały szereg przeszkód, to każda może, a te feminatywy to weź pan przestań, na co to komu. Niedawno po praz pierwszy kapelmistrzynią Orkiestry Reprezentacyjnej Wojska Polskiego została kobieta, myślę, że mamy wiele orkiestr, w których „polska Tár” byłaby pierwsza. Rozmowa ze studentem pewnie nie dotyczyłaby rasy, ale nadal mogłaby się wydarzyć. Ale jednego nie przeskoczysz: nie mogłaby mieć żony i adoptować z nią dziecka. Sam fakt życia w usankcjonowanym prawnie jednopłciowym związku jest już przywilejem ograniczonym do pewnej liczby krajów. Ale to nie jest jedyne uprzywilejowanie naszej bohaterki.

Otóż jest ona w kurwę bogata. Piszę właśnie na klawiaturze za 19,99zł, siedząc na kanapie w wynajmowanej za ponad połowę pensji kawalerce poniżej 20 m2, więc osoba, która może sobie pozwolić na drugie kilkupokojowe mieszkanie tylko do grania na fortepianie, jest dla mnie w kurwę bogata. I to jest ta prawdziwa mniejszość, do której należy nasza bohaterka. Mniejszość ludzi bogatych. I jako prawdopodobnie jedyna mniejszość na świecie, jest to mniejszość, która nie jest uciskana, ale za to uciska.

Już na samym początku filmu mamy scysję naszej maestro ze studentem, który mówi, że jako osoba niebinarna i czarna, nie poważa starych mistrzów. No i nasza bohaterka zaczyna na nim orkę, która jest jedną z najbardziej żenujących scen w historii kina. Łapiecie sytuację? Absurdalnie uprzywilejowana prowadząca wykład kobieta publicznie znęca się nad studentem, który śmiał mieć inne zdanie niż ona. Do tego stopnia, że ma miejsce scena, która sprawiła, że aż się poczułem niedobrze. Ona mu coś pierdoli, siedząc z nim przy fortepianie, a jemu „chodzi noga”. Jest tak zdenerwowany, że ma odruch poruszania nogą. Ja to doskonale rozumiem, mam ten sam odruch w sytuacjach stresowych. A ona w pewnym momencie kładzie mu dłoń na tej nodze i ją przytrzymuje, perorując dalej. Osobiście nie lubię, jak się mnie dotyka. Gdyby w ten sposób potraktowała mnie osoba, która jest o wiele bardziej ode mnie bogatsza, która na dobrą sprawę ma nade mną władzę, to przekroczyłaby wszelkie moje granice. I rozumiałbym tę scenę, gdyby tam była jakaś puenta. Tymczasem ten student wychodzi i więcej go nie zobaczymy. Dowiemy się, jak wyglądało dalsze życie naszej bohaterki, ale nie tego studenta. To jest moim zdaniem wyraźnie pokazanie, po której „stronie” reżyser chce umiejscowić widza. Po stronie naszej maestro.

Reżyser bardzo chciał pokazać straszliwą kansel kalczer. I wystarczyłoby nagranie z tego, jak nasza maestro masakruje studenta. Ale ponieważ reżyser uważa, że miała rację, to jemu nie wystarcza. Nagranie zostaje pocięte i zmodyfikowane, żeby ukazać, jak źle się z nim obeszła. I dopiero ta zmanipulowana wersja staje się problemem, chociaż, jak mówią współpracownicy naszej maestro, gdyby tylko o to chodziło, to żaden problem, ale w międzyczasie pojawił się artykuł dowodzący, że nasza maestro doprowadziła dziewczynę do samobójstwa. I my wiemy, że to zrobiła, bo reżyser otwarcie pokazuje, jak jej zakulisowe działania zniszczyły reputację tej dziewczyny. Ale zestawienie tego ze zmanipulowanym filmem sprawia, że wina się rozmywa. Reżyser do tej sprawy, do jednoznacznej sytuacji osoby mającej władze i wykorzystującej ją przeciwko słabszym od siebie, wpuszcza zwątpienie. Można było pokazać tę sytuację w zupełnie inny sposób, jako nadużycie władzy. Można było wprowadzić pierwszy zgrzyt w social mediach już po scysji ze studentem, ale nie. Dopiero zmodyfikowana wersja nagrania budzi emocje. Coś niesamowitego, jak bardzo można mieć głowę w dupie i nie ogarniać gównoburz, z których chce się zrobić temat w filmie.

Cały ten przydługi film kończy się tym, że nasza maestro jest skończona, żyje w śmietniku, chleje na śmierć i mieszka na kartonie. Oh wait. Osoby o takim poziomie uprzywilejowania tak nie kończą. Wiecie, kiedy tak naprawdę jest kansel kalczer? Kiedy w pewnym momencie swojego życia mówisz, że masz dość swojej przemocowej matki i mówisz o wprost całej rodzinie, a ona bohatersko przestaje się do ciebie odzywać, tracisz całe otoczenie, w którym żyłeś X lat i gryziesz trawę, żeby przetrwać, bo mówiąc „nie” przemocy, straciłeś jakąkolwiek poduszkę finansową i jakiekolwiek życiowe bezpieczeństwo, i jesteś zdany tylko na siebie. Co tym czasem robi nasza bohaterka? Wyjeżdża do Azji (zakładając, że nadal muszę coś jeść i gdzie mieszkać, na sam taki bilet musiałbym harować kilka miesięcy, zakładając, że się nie pochoruję, nic się nie zepsuje, nie wydam ani złotówki na przyjemności typu paczka Jeżyków, i nie będę potrzebował zakupów ubraniowych). Tam, o zgrozo, dochodzi do finalnego upokorzeni. Zamiast grać Beethovena dla chłopów w garniturach, gra muzykę (chyba z gier) dla widowni złożonej z fanów RPG poprzebieranych za m.in. jednorożce.

W sumie, po obejrzeniu i wysłuchaniu genialnego Live In Prague, chciałbym zobaczyć minę Hansa Zimmera reagującego na tę końcowe sceny.

To jest pełen napięcia i ładnie (w sensie wizualnym) zrobiony film. Nie ujmuję nic kunsztowi twórców, film jest doskonale zrealizowany, scenografia wspaniała, osoba od kostiumów jest jedyną, która zasłużyła na Oscara, detale, światło – technicznie to wszystko gra. Cate Blanchett w roli osoby, która gra inną osobę, niż jest, jest naprawdę dobra. Problem z tym filmem jest taki, że bierze sobie uprzywilejowaną osobę, próbuje pokazać, jak zostaje zniszczona, a na koniec okazuje się, że i tak ma więcej niż 99,9% ludności na świecie. 

To jest, kurwa, chochoł. Doskonale zrealizowany chochoł. Tam chwilami dosłownie brakowało tylko sceny z napastowaniem bohaterki przez transkobietę w damskim WC.

I tak wracając do początku. Cieszę się, że głośny film z bohaterką będącą lesbijką, ale bez opowiadania o jej orientacji. Ale jak myślę o całości wydźwięku tego filmu, to zastanawiam się, czy to nie jest listek figowy. Ok, dotarliśmy do takiego momentu, kiedy możemy mieć takie postaci, ale z tymi niebinarnymi to weź daj pan spokój. No ale gdyby była heteroseksualną kobietą z mężem i dzieckiem, to jej uprzywilejowanie byłoby bardziej widoczne.

Ten film to spojrzenie na świat z punktu widzenia najgłośniejszej mniejszości, czyli mniejszości osób absurdalnie uprzywilejowanych. Polecam obejrzeć, ale to nic nie wnosi.

Ludzie święci,  to jest film o tym, że jak jesteś w kurwę uprzywilejowanym człowiekiem, to jedyną karą za doprowadzenia człowieka do samobójstwa jest to, że zamiast dla ludzi w garniturach, grasz koncert dla ludzi przebranych za jednorożce. No ja jebię, cóż za tragedia.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

„Najtrudniej było zobaczyć znaki od Boga w samym zgromadzeniu”, czyli o zakonnicach i przemocy

1.       SYSTEM W przypadku ukrywania pedofilii w Kościele, mówimy o systemie. O systemie pisze Martel w „Sodomie”, o systemie piszą Obirek i Nowak. O formacji seminaryjnej, która jest jedną z patologii tego systemu, napisał w „Sakramencie obłudy” Robert Samborski i wspominał o tym w „Kamieniu węgielnym” Krzysztof Charamsa. Mam jednak wrażenie, że możemy mówić o jeszcze jednym systemie w obrębie Kościoła Katolickiego – o spirali przemocy i patologii w zakonach żeńskich. Trochę sprowokował mnie   artykuł Jadczaka i Farona ( TUTAJ ) o zakonnicach znęcających się nad podopiecznymi w prowadzonym przez nie Domu Pomocy Społecznej. Oczywiście patologie dotyczą też „cywilnych” DPS, ale n ie będę tu pisać o patologii w systemie opieki społecznej w Polsce, ale o patologicznym świecie, w którym formowane są zakonnice – zakonnice prowadzące (liczby za „Zakonnice odchodzą po cichu”) 372 przedszkola, 50 różnego typu zakładów opiekuńczych i 160 domów pomocy społecznej...

O. Szustak, homoseksualizm i grzech

Obejrzałem rozmowę Karola Paciorka z o. Adamem Szustakiem na kanale Imponderabilia . Wśród wielu poruszanych tematów znalazł się temat homoseksualizmu. Od razu dwa zastrzeżenia: 1)     pominę specyficzny język Kościoła i kwestię rozważań nad słowem „naturalne”, nadmienię jednak, że mam wrażenie, że język kościelnej hierarchii (każdego stopnia) jest czymś, co paradoksalnie tworzy największy mur między Kościołem instytucjonalnym a wiernymi (mniej czy bardziej zaangażowanymi). Paradoks polega na tym, że (patrząc na statystyki dotyczące udziału wiernych w życiu Kościoła) mur ten jest największy w przypadku roczników, które przechodziły przez nawet 12 lat nauczania religii w szkołach; 2)     pominę punkt widzenia osób niewierzących i niekatolików, ponieważ wychodzę z założenia, że nie muszą mieć żadnych oczekiwań wobec nie swojego Kościoła, za to od państwa mogą wymagać skutecznego egzekwowania konstytucyjnego rozdziału państwa od Kościoła (też się go domagam, a...

Jak podejrzany o molestowanie guru sekty został proboszczem w Ukrainie

10 października 2007 roku doszło do eksmisji "zbuntowanych zakonnic" z klasztoru betanek w Kazimierzu Dolnym. Eksmisję minuta po minucie opisała Wyborcza (wszystkie linki na dole). Ale historia zaczyna się dużo wcześniej. Od razu uprzedzam, że pojawią się wątki dotyczące molestowania. O samych betankach nie będzie dużo. Będzie o ich guru. Rok 2002. Co się wtedy działo, opisał M. Dzierżanowski we "Wprost", a WP.pl opisuje, co on opisał. Do prowincjała franciszkanów konwentualnych o. Kazimierza Malinowskiego przychodzi zakonnica i dziewczyna związana z klasztorem betanek. Opowiadają, co się dzieje w zgromadzeniu. "Z ich relacji wynikało, że w trakcie tzw. kierownictwa duchowego zakonnik miał w nachalny sposób dotykać kobiety, twierdząc, że otwiera je tymi gestami na miłość Chrystusa. Wówczas obie nie przedstawiały tego jako formy seksualnego napastowania. <Mimo to zachowanie o. Romana bardzo mnie zaniepokoiło. W efekcie wydałem mu całkowity zakaz jakichkolwiek...